Myślę, że nie tylko mi zdarzyło się dziś podpatrywać w mediach przekazy z amerykańskich uroczystości w rocznicę 9/11. Niegasnąca pamięć, ból, tęsknota za ofiarami, rozpacz ich rodzin, emocje wyrażane naturalnie, bez skrępowania. George W., Bill i Barack obok siebie, ponad podziałami politycznymi...
I myślę też, że nie tylko w mojej głowie zrodziła się nieprzyjemna refleksja, że taka pamięć, takie upamiętnienie naszej katastrofy smoleńskiej nie jest u nas możliwe. Jest przepaść między poziomem świadomości obywatelskiej społeczeństwa naszego a - Ameryki. Jest przepaść między klasą naszej sceny politycznej a - amerykańskiej. Ameryka nie uległa pokusie politycznego skonsumowania swojej wielkiej tragedii, zbudowania na niej medialnie atrakcyjnego, bo ostrego podziału politycznego. Kwestia smaku, poziomu, klasy, których brakuje naszym politykom. Jest to też dla mnie argument przeciw spełnieniu się marzenia, które jednoczy PO i PiS - o systemie dwupartyjnym w stylu amerykańskim. Nie dorośliśmy.
Dziesięć osób z "pokładu" miałem okazję poznać osobiście. Były to osoby z różnych stron sceny politycznej i spoza niej. To "moi" ludzie. Chciałbym wspominać ich i pozostałe ofiary katastrofy smoleńskiej tak, jak Amerykanie wspominają ofiary 9/11. Bez skrępowania własnych emocji tym, że opowiadam się po jakiejś stronie. Bez polityki w tle, ba, na pierwszym planie.
Niniejszym wywiązałem się też z wcześniej danej obietnicy. Napisałem, co sądzę o Smoleńsku.